„Szczęście, którego nie da się ukryć …”

Urodziłem się 50 lat temu w Trzciance. Rodzice już nie żyją. Mam rodzeństwo – brata i dwie siostry – jeden z braci zmarł, kiedy miał kilka lat.
Od początku mieszkałem i wychowywałem się na wsi. Nie było nam łatwo – tylko ojciec pracował zarabiając na rodzinę, a my już jako dzieci pomagaliśmy w sezonie w gospodarstwie rolnym sąsiada, aby choć trochę odciążyć finansowo rodziców.
Ukończyłem szkołę specjalną w zawodzie kucharz, a po niej podjąłem pracę w piekarni jako pomoc piekarza. Praca nie była lekka, lecz żeby utrzymać dom musiałem dorabiać, ponieważ ciężko było wyżyć z renty mojej i rodzeństwa. Pomimo różnych przeciwności przepracowałem około 20 lat, z czego jestem bardzo dumny.
Po śmierci rodziców mieszkałem z bratem i jedną z sióstr. Z czasem zostałem w domu tylko z bratem – bywało ciężko, ale trzeba było sobie radzić. Kiedy dowiedziałem się o mojej ciężkiej chorobie załamałem się. Najstarsza siostra, jak tylko mogła pomagała mi, wspierała psychicznie i finansowo. W końcu oboje z mężem podjęli decyzję – za co jestem im bardzo wdzięczny – iż ze względu na pogarszający się stan mojego zdrowia, powinienem zamieszkać w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu.
Odkąd tutaj jestem w moim życiu zaszły dwie zasadnicze zmiany: wraz z rodzeństwem jesteśmy spokojniejsi i mam tu przede wszystkim fachową opiekę lekarską oraz pielęgnacyjną, co jest niezmiernie ważne w przypadku mojego schorzenia.
Tutaj odpoczywam, wiem, że żyję… Rodzina często mnie odwiedza i cieszą się z ogarniającego mnie szczęścia, którego nie da się ukryć – jest wymalowane na mojej twarzy.