„Dobrze się tu czuję, jestem otoczona życzliwymi ludźmi”

Moje wspomnienia… Mam dopiero 65 lat. A może aż 65? Nie, mam nadzieję, że jeszcze długie lata przede mną.

Moi rodzice poznali się na przymusowych robotach w Niemczech. Po wojnie wrócili do polski i zamieszkali koło Zielonej Góry. Tata pracował w miejscowym PGR, a mama zajmowała się domem.

Jestem najstarsza z sześciorga rodzeństwa: urodziłam się 26 marca 1947 roku w Tarnowie Podgórnym. Moje dzieciństwo, którego większość spędziłam w Lubikowie było szczęśliwe. Nie lubiłam chodzić do szkoły, słabo się uczyłam i dlatego swoją edukację skończyłam na szkole podstawowej. Zamiast nauki wolałam pracować w gospodarstwie i chociaż praca była ciężka bardzo lubiłam to zajęcie.

W wieku 18 lat wyszłam za mąż. Męża Bogdana poznałam w lesie przy zbiorze szyszek. Pierwsze dziecko pojawiło się na świecie, gdy miałam 21 lat, a urodziłam ich pięcioro: Kazimierza, Piotra, Jana, Marię i najmłodszego Zbigniewa.

Moje życie to była jedna, wielka przeprowadzka spowodowana pracą męża. Kilkakrotnie zmienialiśmy miejsce zamieszkania, jednak nigdzie nie czułam się jak w domu – wciąż na walizkach.

Na stałe osiedliliśmy się dopiero w Kwiejcach. Mąż pracował w lesie, ja zajmowałam się domem i gospodarstwem. Dawaliśmy sobie jakoś radę – przecież mieliśmy siebie, kochaliśmy się i zawsze mogliśmy na siebie liczyć.

Wszystko skończyło się w styczniu 2003 roku, gdy zmarł mąż. W tym czasie już chorowałam na serce. Coraz bardziej podupadłam na zdrowiu, coraz częściej męczyły mnie zawroty głowy, a tak naprawdę zostałam ze wszystkim sama. Z dzieci nie miałam żadnego pożytku, żadne nie chciało przejąć gospodarstwa i dlatego musiałam je sprzedać.

W 2009 roku podjęłam decyzję o zamieszkaniu w tutejszym Domu. Była to decyzja dobra – nawet nie wiem, kiedy minęły trzy lata. Dobrze się tu czuję, jestem otoczona życzliwymi ludźmi.

I tylko jedna sprawa nie daje mi spokoju – coraz rzadszy i gorszy kontakt z moimi dziećmi…