„Wiara dodaje mi sił …”

  Urodziłam się 03.01.1943 r. w Dorgusze. Mam trójkę rodzeństwa – młodszych od siebie braci: Jana, Józefa i Włodka, z którymi mam stały kontakt. Rodzice oraz 2 siostry niestety nie żyją. Siostra Halina zginęła w wypadku, jako młoda osoba – miała zaledwie 27 lat. Był to straszny cios dla całej naszej rodziny, nie mogliśmy się pogodzić z tą sytuacją. Natomiast druga siostra tak, jak mama zmarła na chorobę płuc.
  Skończyłam Zawodową Szkołę Rolniczą i w międzyczasie ukończyłam kurs gotowania oraz szycia. Pracowałam w Spółdzielni dla Inwalidów w Złotowie. Mieliśmy gospodarstwo rolne w Staroświętej, w którym pracowałam wraz z ojcem. Gdy mama zachorowała, a reszta rodzeństwa wyprowadziła się z domu wszystko spadło na mnie i mojego tatę. Po śmierci mamy sprzedaliśmy gospodarstwo i kupiliśmy mieszkanie w Złotowie. Ojciec miał wypadek, po którym długo się nim sama opiekowałam. Rodzeństwo mieszkało oddzielnie i założyło swoje rodziny. Nigdy nie wyszłam za mąż, dlatego poświęciłam się dla rodziców. Zawsze jednak mogłam liczyć na pomoc oraz wsparcie ze strony najbliższych. Pomagali również w opiece nad ojcem.
  W latach 90 tych zachorowałam na zapalenie płuc i do dzisiaj mam ogromne problemy z nimi. Jest to w mojej rodzinie choroba genetyczna. Po śmierci ojca mieszkałam sama do dnia, w którym dostałam udar. Sąsiedzi zareagowali i wezwali pomoc. Trafiłam do szpitala, później do hospicjum św. Elżbiety w Złotowie, w którym przebywałam pół roku.
  25 września 2014 trafiłam do Zespołu Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Odwiedza mnie tutaj moja najbliższa rodzina, telefonujemy do siebie, zawsze mogę liczyć na ich wsparcie. Od tego czasu stałam się bardziej aktywna. Codziennie uczęszczam na rehabilitację, spaceruję po pięknym parku, dużo się modlę.
  Jestem członkiem Rady Samorządu Mieszkańców. Jak na swój wiek i chorobę czuję się fizycznie dobrze. Podczas pobytu tutaj byłam kilkakrotnie w szpitalach, u różnych specjalistów, usłyszałam diagnozę, nie taką, jakiej chciałabym. Jednak nie pozostało mi nic innego, tylko wziąć się w garść i walczyć do końca – nie wiadomo jak długo jest mi to pisane. Nie poddaję się, bo wiem, że gdyby tak się stało, nie byłoby mnie tu. Nie zawsze jest kolorowo, ale dzięki pomocy ze strony personelu wszystko jest bardziej proste i mniej skomplikowane. Wiem, że sama nie dałabym sobie rady, dlatego jestem szczęśliwa, że trafiłam właśnie tutaj. Mam tu całodobową opiekę i wsparcie duchowe, które jest dla mnie bardzo ważne ze strony Sióstr. Zawsze byłam osobą głęboko wierzącą. Wiara dodaje mi sił.