„…Tu jest mi dobrze, gdzie mi będzie lepiej…”

Mam na imię Janina – w tym roku ukończyłam 90 lat. Kiedy sięgam pamięcią wstecz dziękuję Bogu za życie i za to, że teraz mam dom, w którym niczego mi nie brakuje.

Zacznę może od początku. Urodziłam się 27 lipca 1924 r. w Koźmińcu. Pochodzę z rodziny wielodzietnej – było nas sześcioro: 3 braci, 2 siostry i ja. Jeden brat zmarł za raz po urodzeniu, a cała nasza pozostała piątka przez całe życie trzymała się razem.

Pierwszy nasz dom był w miejscowości Zduny koło Krotoszyna, jednak kiedy miałam 2,5 roku, Ojciec ze względu na to, iż był policjantem został przeniesiony do Krotoszyna. Dom sprzedaliśmy i całą rodziną pojechaliśmy z Tatą. Nie zabawiliśmy tam jednak długo, bo w krótkim czasie nastąpiła kolejna przeprowadzka. Zamieszkaliśmy w Obrzycku i tam pozostaliśmy aż do czasu rozpoczęcia wojny w 1939 r. Do przedszkola i szkoły uczęszczałam w Krotoszynie, a swoją edukację ukończyłam definitywnie przed wybuchem II Wojny Światowej.

Wojna przerwała spokojne życie rodzinne i rozproszyła rodzeństwo. Każdego zaangażowali do przymusowej pracy i kontakt się urwał. Ja trafiłam do pracy na okopy w Czerniakowie. 2 lata mieszkaliśmy w barakach. To był ciężki czas – daleko od bliskich, wyczerpująca codzienna praca, trudne warunki życia. Kiedy nastąpił koniec wojny Niemcy wszystkich pozwalniali. Wróciłam do naszego domu w Obrzycku. Rodzeństwo odnalazło się na nowo. Zamieszkała z nami ciocia, która zajęła się później naszym wychowaniem, gdyż krótko po wojnie zmarli moi rodzice. Udało mi się znaleźć pracę w szpitalu na stanowisku salowej, a później w punkcie krwiodawstwa. Całe życie, póki siły i zdrowie pozwalało upłynęło na oddaniu się tej właśnie pracy. Od początku byłam jednak słabego zdrowia, często chorowałam, przechodziłam różne operacje. Z tego też względu nigdy nie wyszłam za mąż. Wspierałam również moją siostrę w wychowaniu jej dzieci. Codziennie po pracy jeździłam do niej, aby się nimi zajmować. W latach 70 zmarła ciocia, a mój stan zdrowia znacznie się pogorszył i musiałam przejść na rentę. Z czasem też rodzeństwo poumierało, a ja wymagałam coraz większej pomocy. Z tego właśnie względu podjęłam decyzję o zamieszkaniu we Wieleniu. Tu jest mi dobrze – gdzie mi będzie lepiej? Wszystko jest na miejscu: wspaniali ludzie, codzienna opieka i pomoc medyczna, kaplica – a to dla mnie bardzo ważne – blisko…. Po prostu mój dom – czegóż więcej potrzeba?