Misja

  O wybuchu epidemii dowiedziałam się 12 marca, siedząc w swoim domu, w Krakowie. Wszyscy mówili o koronawirusie. Świat jakby na moment się stanął w miejscu i zaczęło się czekanie. W przeciwieństwie do zwyczajnych ludzi… mam wprawę w czekaniu. Na co dzień poruszam się na wózku. Od urodzenia jestem niepełnosprawna, choruję na dziecięce porażenie mózgowe. Mimo wszystko staram się żyć zupełnie normalnie na tyle, na ile to możliwe. Choć – gdy ludzie słyszą o sposobie mojego życia, często łapią się za głowę i mówią: to niemożliwe! Każdego dnia potrzebuję około pięciu osób, aby móc spokojnie przeżyć dzień. Wszystko zaczyna się od wstania z łóżka i przez cały dzień pomocy potrzebuję w prawie każdej czynności. Pandemia znacznie utrudniła moje funkcjonowanie. Większość przyjaciół, którzy wspierają mnie w codzienności, wyjechała do swoich rodzinnych domów. Oczywiście jakoś sobie radziliśmy i nikt nie zostawił mnie w potrzebie, ale przyznaję… było trudno.
  Była środa, około godziny 11:00. Pamiętam to dokładnie… Mówiąc wprost: nie zdążyłam do łazienki. Akurat nie było pod ręką człowieka – kolejna osoba miała się u mnie pojawić za jakieś cztery godziny. Perspektywa mokrych spodni nie wydawała się zbyt piękna, ani komfortowa, ale w tej konkretnej chwili nie miałam żadnego pomysłu. “Trzeba przetrwać” – pomyślałam. Chwilę później uśmiechnęłam się, spojrzałam na wiszący w moim pokoju wielki napis “JESTEM”, który codziennie przypomina mi o tym, jak na imię ma mój Bóg. Westchnęłam pod nosem, pytając – chyba siebie samą: “Gdzie teraz jesteś?” Po chwili w sercu pojawiła się myśl… Mój dobry znajomy w brązowym habicie, kilka dni temu miał przyjąć święcenia diakonatu. Właściwie nie wiem skąd i dlaczego, ale pojawiło się wtedy pragnienie, żeby do niego zadzwonić. Odebrał po pierwszym sygnale, co w przypadku duchowieństwa naprawdę można rozpatrywać w kategorii cudu. Wymieniliśmy kilka wesołych zdań. Każdy opowiedział o tym, co u niego teraz. Od słowa do słowa doszliśmy do tego, że aktualnie mam trochę “kłopot” z ludźmi i jestem zmęczona swoją codziennością. “A może byś tak przyjechała do nas?”, usłyszałam po drugiej stronie słuchawki. “Do nas, to znaczy gdzie konkretnie?”, spytałam niepewnie. “Jesteśmy z Braćmi w Wieleniu, koło Poznania. Od miesiąca wspieramy tutejszy personel w opiece nad chorymi, na pewno by ci się tutaj podobało. I zawsze byłby ktoś, kto szybko przebierze mokre gacie”, powiedział z charakterystycznym dla siebie śmiechem. Minęło kilka dnia i znów zadzwonił telefon. Tym razem dowiedziałam się, że Siostra Dyrektor już na mnie czeka. Jeszcze bardziej zdziwił mnie fakt, że w połowie mojej rozmowy z Bratem Pio, słuchawkę przejął kobiecy głos: bardzo konkretny i ciepły, zapewniający, że na mnie czekają. Ani się obejrzałam, a byłam w drodze do Zespołu Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Oczywiście zachowaliśmy wszelkie środki ostrożności i wcześniej zostałam przebadana na wypadek COVID-19.
  Szczerze mówiąc bardzo się bałam tego, co mnie tutaj czeka. Wydawało mi się, że zupełnie nie pasuję do takiej rzeczywistości. Z drugiej strony, ten pomysł wydawał mi się tak abstrakcyjny, że aż Boży! Kiedy przyjechałam na miejsce, przywitały mnie uśmiechnięte Siostry. Wszyscy byliśmy trochę skrępowani. Ja chciałam dobrze wypaść, Siostry chciały zrobić wszystko, żebym czuła się najlepiej. Zaczęłyśmy od wspólnoty stołu. Po kolacji przyjęłam Komunię Świętą i poznałam Siostry, które miały się o mnie troszczyć. Obie Siostry Kasie były bardzo miłe. W oczach miały po prostu dobro! Mogłabym przywołać wiele sytuacji, które głęboko poruszyły moje serce, ale najbardziej chciałabym się podzielić tym, czego doświadczałam, wchodząc do sal chorych. Na co dzień w Krakowie spotykam naprawdę ogromną ilość ludzi. Są różni: jedni bardziej otwarci, drudzy mniej. Podobnie tutaj. Z kimś udało mi się więcej porozmawiać, z kimś innym mniej. Czasami jedyną rozrywką było wspólne obejrzenie programu “śniadaniowego” w telewizji. Ale to, co uderzyło mnie najbardziej, to fakt, że w ani jednej sali nie spotkałam smutnego człowieka. Kilka dobrych dni gościło w moim sercu pytanie: jak to jest możliwe? Przecież na co dzień spotykam mnóstwo smutnych ludzi, sama bywam smutna. A tutaj? Jak to możliwe, że ich to nie dotyczy? Po kilku jednak zdaniach z nimi zamienionych wiesz, że nie tylko nie wyglądają, ale też nie są smutni! Sami o tym mówią. Najczęściej powtarzane zdanie to: przecież ja mam tutaj wszystko, czego potrzebuję. Odpowiedź na moje pytanie znalazłam mniej więcej po tygodniu, kiedy sama stwierdziłam, że nie chcę stąd wyjeżdżać. Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem o tym tak bardzo wprost, ale było mi tutaj dobrze, właściwie nadal jest. Tajemnica tkwi w słowie spotkanie. Tutaj naprawdę człowiek spotyka się z człowiekiem. Często Siostry nie mają zbyt wiele czasu, bo podopiecznych jest sporo. Opieka nad nimi jest bardzo wymagająca, ale nawet przez 10 minut, kiedy są przy łóżku chorego, po prostu się z nim spotykają, a oni z nimi. To chyba najprostszy i jednocześnie najtrudniejszy sposób niesienia dobra. Tak zwyczajnie starasz się kochać drugiego człowieka najlepiej, jak potrafisz. Ludzka miłość jest niedoskonała – wiadomo! Ale jeśli włożysz w to kawałek swojego serca, Pan Bóg z pewnością zrobi za Ciebie resztę. Nie mam wątpliwości co do tego, że pracujący tutaj personel świecki i zakonny daje solidny kawał siebie, a Pan Bóg dodaje resztę. Dziękuję za te dwa tygodnie. Mam nadzieję – do zobaczenia wkrótce! Dzięki Wam przekonałam się o tym, że nawet pandemia może mieć dobre owoce. Każdemu polecam wizytę w tym niezwykłym Domu.
  Wracam do Krakowa z naładowanymi akumulatorami, pragnąc rozdawać życie pełnymi garściami. Mam nadzieję, że między innymi dzięki tej historii powstanie kolejny materiał na książkę. Jedna już jest : https://www.esprit.com.pl/656/Pelnymi-garsciami.html 🙂

  Dziękuję za wszystko!
  Wolontariuszka Barbarka